Miał być hit 12. kolejki PGE Ekstraligi i sprawdzian możliwości dwóch drużyn, które za chwilę mogą spotkać się ponownie w najważniejszej części sezonu. Dla ORLEN OIL Motoru Lublin niedzielny wieczór na Stadionie Olimpijskim skończył się jednak znacznie gorzej, niż można było przypuszczać. Betard Sparta Wrocław wygrała aż 59:31, odrobiła dwadzieścia punktów straty z pierwszego spotkania i zabrała Lublinianom również punkt bonusowy. W dwumeczu wrocławianie zwyciężyli 94:86.
Nie był to przy tym mecz, w którym o losach wyniku zdecydowały dwa czy trzy pechowe biegi. Sparta była tego wieczoru po prostu szybsza. Lepiej wychodziła spod taśmy, szybciej znajdowała odpowiednie ścieżki i co dla Motoru chyba najbardziej niepokojące, że miała zdecydowanie więcej zawodników zdolnych wygrywać wyścigi. Lublinian przed jeszcze większymi rozmiarami porażki ratowali przede wszystkim Bartosz Zmarzlik i momentami Fredrik Lindgren.
Sparta uderzyła od pierwszego biegu
Sygnał ostrzegawczy pojawił się właściwie natychmiast. W pierwszym wyścigu Bartłomiej Kowalski i Artiom Łaguta pokonali 5:1 Kacpra Worynę i Martina Vaculika. Słowak znalazł się po starcie w bardzo trudnym położeniu, a Kacper Woryna, choć przez chwilę był przed Artiomem Łagutą, nie zdołał utrzymać drugiej pozycji.
Bieg juniorski dawał Motorowi szansę na szybką odpowiedź. Bartosz Bańbor i Bartosz Jaworski dobrze rozegrali początek wyścigu, ale Marcel Kowolik kapitalnie przedarł się do przodu i wygrał. Bartosz Jaworski spadł na koniec stawki, a Bartosz Bańbor zdołał dowieźć dwa punkty. Zamiast odrabiania strat był kolejny wynik 4:2 dla gospodarzy.
Po czterech wyścigach Sparta prowadziła 17:7. To jeszcze nie był wynik rozstrzygający spotkanie, ale sposób, w jaki wrocławianie zdobywali punkty, musiał budzić w lubelskim parku maszyn coraz większy niepokój. Gospodarze wyglądali na świetnie dopasowanych do własnego toru, podczas gdy zawodnicy Motoru zbyt często szukali właściwych ustawień już w trakcie wyścigów.
Kurtz był tego wieczoru o pół kroku przed wszystkimi
Jeżeli ktoś miał być twarzą niedzielnego zwycięstwa Sparty, trudno wskazać kogokolwiek innego niż Brady’ego Kurtza. Australijczyk wygrał swoje pierwsze cztery starty. Był szybki zarówno spod taśmy, jak i na dystansie, a kiedy sytuacja wymagała walki, potrafił znaleźć miejsce tam, gdzie chwilę wcześniej właściwie go nie było.
Szczególnie bolesny dla Motoru był szósty wyścig. Brady Kurtz i Marcel Kowolik uciekli Mateuszowi Cierniakowi oraz Kacprowi Worynie na 5:1 i po sześciu biegach zrobiło się już 27:9. Trudno było jeszcze wtedy przesądzać wynik całego spotkania, ale przewaga wypracowana przez Motor w majowym meczu w Lublinie zaczynała znikać w zastraszającym tempie.
Bartosz Zmarzlik próbował zatrzymać rozpędzonych gospodarzy. W siódmym biegu wygrał bardzo zdecydowanie z Artiomem Łagutą i Maciejem Janowskim, ale był to tylko remis 3:3. Kapitan Motoru robił swoje, problem polegał na tym, że zbyt rzadko znajdował obok siebie kolegę zdolnego zabrać punkty rywalom. Po siedmiu wyścigach gospodarze prowadzili już 30:12.
Vaculik nie będzie dobrze wspominał Wrocławia
Jednym z symboli nieudanego występu mistrzów Polski był niedzielny wieczór Martina Vaculika. Słowak rozpoczął od zera, później przywiózł jeden punkt, a w ósmym biegu dotknął taśmy i został wykluczony. W jego miejsce pojawił się Bartosz Bańbor. Ostatecznie Martin Vaculik zakończył spotkanie z zaledwie jednym punktem.
Nie był zresztą jedynym zawodnikiem Motoru, który nie mógł znaleźć we Wrocławiu właściwego rytmu. Mateusz Cierniak uzbierał dwa punkty, Kacper Woryna trzy z bonusem, a Bartosz Bańbor trzy z bonusem. Bartosz Jaworski nie zapunktował. Przy takiej zdobyczy drugiej linii nawet świetny występ lidera nie mógł wystarczyć.
Po drugiej stronie sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Sparta jechała szerokim frontem. Brady Kurtz zdobywał trójki, Maciej Janowski był bardzo skuteczny, Artiom Łaguta dokładał kolejne punkty, a Bartłomiej Kowalski nie zamierzał pozostawać w ich cieniu.
Motor odpowiedział. Tyle że tylko na chwilę
Przy stanie 42:18 wydawało się, że gospodarzom wychodzi tego wieczoru niemal wszystko. I właśnie wtedy Motor wreszcie odpowiedział tak, jak powinien robić to znacznie wcześniej.
W jedenastym biegu Fredrik Lindgren i Kacper Woryna pokonali Macieja Janowskiego i Artioma Łagutę 5:1. Było to pierwsze podwójne zwycięstwo lubelskiej pary w tym spotkaniu. Wynik zmienił się na 43:23, ale na prawdziwy zwrot było już zdecydowanie za późno.
Chwilę później trener Motoru sięgnął po Bartosza Zmarzlika jako rezerwę taktyczną. Mistrz świata pojawił się w dwunastym biegu za Mateusza Cierniaka. Naprzeciw miał Bartłomieja Kowalskiego i właśnie ten wyścig był jednym z ciekawszych momentów całego spotkania.
Bartłomiej Kowalski nie przestraszył się Bartosza Zmarzlika. Wyszedł przed niego, a później wytrzymał presję lidera Motoru i dowiózł trzy punkty. Bartosz Zmarzlik był drugi, a Sparta wygrała 4:2. Dla wrocławian był to kolejny dowód, że tego wieczoru nawet największa broń Motoru nie wystarczała do przejęcia kontroli nad zawodami.
Bonus przechodzi w ręce Sparty
Przed meczem rachunek był prosty. Motor miał dwadzieścia punktów zaliczki po zwycięstwie 55:35 w Lublinie. Przy takich rozmiarach przewagi punkt bonusowy wydawał się dość bezpieczny. Sparta potrzebowała jednak wyjątkowego meczu i właśnie taki pojechała.
W trzynastym wyścigu Maciej Janowski i Brady Kurtz pokonali Bartosza Zmarzlika oraz Kacpra Worynę 5:1. Australijczyk po słabszym wyjściu z pierwszego łuku napędził się pod bandą i przedostał się aż na drugą pozycję. Na tablicy pojawiło się 52:26. W tym momencie Motor znalazł się już pod ścianą także w walce o bonus.
Ostatecznie wszystko rozstrzygnęło się w czternastym wyścigu. Artiom Łaguta i Maciej Janowski przywieźli podwójne zwycięstwo nad Fredrikiem Lindgrenem oraz Kacprem Woryną. Zrobiło się 57:27 i stało się jasne, że pełna pula zostaje we Wrocławiu. Dwumecz, który po zawodach w Lublinie układał się wyraźnie po stronie Motoru, zakończył się wynikiem 94:86 dla Sparty.
Zmarzlik uratował ostatnie słowo
Było już po meczu i po bonusie, ale piętnasty wyścig miał jeszcze swoją historię. Sparta początkowo wyszła na podwójne prowadzenie. Bartosz Zmarzlik nie zamierzał jednak kończyć tak nieudanego dla swojej drużyny wieczoru bez walki. Przedarł się między gospodarzami i wyszedł na pierwsze miejsce. Brady Kurtz próbował odpowiedzieć do samego końca, lecz tym razem Polak nie pozwolił się wyprzedzić.
Bartosz Zmarzlik odebrał w ten sposób Australijczykowi komplet, ale nie mógł zmienić obrazu spotkania. Brady Kurtz zakończył zawody z dorobkiem 16 punktów i bonusa. Maciej Janowski zdobył 12+3, Artiom Łaguta 12+2, a Bartłomiej Kowalski 11. To właśnie szeroki i niezwykle wyrównany skład był największą siłą gospodarzy.
W Motorze Bartosz Zmarzlik zdobył 13 punktów. Dziewięć dołożył Fredrik Lindgren. Pozostali zawodnicy uzbierali razem zaledwie dziewięć „oczek”. Przy takiej dysproporcji trudno było myśleć nie tylko o zwycięstwie, ale nawet o obronie pokaźnej zaliczki z pierwszego meczu.
To nie wynik powinien martwić najbardziej
Porażka na torze tak mocnej drużyny jak Sparta może się zdarzyć. Nawet wysoka. Bardziej zastanawiający z punktu widzenia Motoru był jednak sposób, w jaki do niej doszło.
Poza Bartoszem Zmarzlikiem i fragmentami Fredrikiem Lindgrenem w lubelskim zespole zabrakło zawodnika, który potrafiłby na dłużej przejąć inicjatywę. Martin Vaculik zdobył jeden punkt, Mateusz Cierniak dwa, Kacper Woryna trzy z bonusem. To zdecydowanie za mało jak na drużynę mającą ambicję walczyć o najwyższe cele.
Sparta pokazała natomiast coś dokładnie odwrotnego. Kiedy jeden z jej liderów zostawał z tyłu, ciężar wyniku przejmował kolejny. Kiedy trzeba było bronić pozycji, wrocławianie jej bronili. Kiedy pojawiała się możliwość ataku to atakowali. Nawet brak startującego w ramach zastępstwa zawodnika Daniela Bewleya nie przeszkodził gospodarzom w zbudowaniu ogromnej przewagi.
Dla Motoru 31 punktów zdobytych we Wrocławiu jest więc czymś więcej niż tylko nieprzyjemnym wynikiem w ligowej tabeli. To materiał do analizy przed najważniejszymi tygodniami sezonu. Szczególnie że niedzielny wieczór pokazał, jak niewiele może znaczyć nawet dwudziestopunktowa zaliczka, kiedy w jednym meczu przestaje funkcjonować większa część zespołu.